piątek, 16 czerwca 2017

Rajska laguna Balos

Laguna Balos to kreteński raj na ziemi. Zawinęłam tu już kilkanaście razy. Zazwyczaj bez wysiłku i wygodnie, bo na pokładzie turystycznego stateczku "Gramvousa" wypływającego po dziesiątej rano z portu Kissamos. 


Turystyczny statek "Gramvousa" u brzegów Laguny Balos.

Tylko jedyny raz dotarłam tu piechotą. Tym razem zajęło mi to 4 godziny. Muszę przyznać, że był to bardzo wyjątkowy "raz". Marzec. Piękna pogoda i wiosenna atmosfera. Szliśmy dużą grupą z lokalnym klubem górskim. Szlak ciągnął się wzdłuż skalistego i niedostępnego wybrzeża zachodniej Krety, a zaczynał się w położonej 9 kilometrów na południe Falassarnie.  Po dojściu na miejsce ani śladu turystów. Laguna pusta, tylko dla nas.


Zejście do Laguny Balos od strony Falassarny.

Kolejne wizyty, te w sezonie, również mnie nie zawiodły. Zawsze podziwiałam coś nowego i inaczej spędzałam czas wolny. Mam wrażenie, że Laguna Balos może zadowolić wszystkie gusta i guściki. Sami zobaczcie...

Pływać można wszędzie. Na płyciźnie, zawadzając nosem o dno, jak również na otwartym morzu. Miłośnicy nurkowania z rurką mają do dyspozycji otaczające lagunę skałki, gdzie kwitnie podwodne życie. 

Płycizna i skałki otaczajace lagunę.

Na opalanie też jest dużo miejsca. Większość osób układa ręczniki i wbija plażowe parasolki na mieliźnie, która łączy ląd z malutkim półwyspem Tigani (w tłumaczeniu na polski zwany "patelnią"). To właśnie on jest najczęściej fotografowanym elementem laguny i swoim wyglądem przypomina wyspę o ściętym równo wierzchołku.


Półwysep Tigani, najczęściej fotografowany element krajobrazu laguny.

Aby go lepiej uchwycić na fotkach, należy wspiąć się kilka metrów na przeciwległe wzgórze, gdzie zaczynają się kamienne schodki prowadzące turystów do parkingu. Kilka dni temu pojawiła się tam kolejna atrakcja laguny - "donkey taxi". Myślę, że 10 euro jest warte przygody jazdy na grzbiecie muła lub konia (osła nie było w ofercie), tym bardziej, że osoby wracające do swoich wynajętych samochodów muszą wspinać się pod górę przez jakieś pół godziny.


"Donkey taxi" w pełnej gotowości.

Dla aktywnych proponuję lekki spacerek: albo wzdłuż wybrzeża, albo ścieżką prowadzącą do zaniedbanej kapliczki na półwyspie Tigani, albo wspomnianymi kamiennymi schodkami (tak daleko i wysoko na ile będzie się miało ochotę), a może jeszcze lepiej piaszczystym zboczem, tam właśnie, gdzie zaczyna się mało uczęszczany szlak między Balos a Falassarną. 

Początek szlaku górskiego między Laguną Balos a Falassarną.

Ja czasami lubię sobie po prostu spokojnie posiedzieć, napatrzeć się na morze i otaczający krajobraz. Niekiedy ucinam sobie także krótką drzemkę. Idealnie nadaje się do tego podnóże półwyspu Tigani, porośnięte kulistymi krzewinkami. Między nimi można znaleźć zasłonę od wiatru oraz od oczu innych turystów, a pod co większymi krzaczkami, nawet kilka centymetrów drogocennego cienia.


Kuliste formacje roślinne: naturalna osłona od wiatru.

Uczucie, że jesteśmy w raju, kończy się niestety w momencie kiedy zaczynamy myśleć o... toalecie. Już połowa czerwca, a gmina nie zadbała w tym roku o zapewnienie turystom chociaż kilku publicznych toalet. Turyści, którzy przypłynęli statkiem mogą w każdym momencie do niego wrócić, ale pozostali, którzy dojechali samochodami, zapewne "biegają w krzaki", albo siusiają do wody... Tylko raz widziałam turystkę czekająca na statek i proszącą o możliwość skorzystania z WC. Nie odmówiono jej. Żałosne jest, że takie są realia jednej z najpiękniejszych plaż Europy, która na dodatek jest chroniona europejskim programem Natura 2000... bez komentarza...

Może zapomnimy trochę o tym mankamencie, gdy wspomnę, że latem 1981 roku zakotwiczył w pobliżu Laguny Balos jacht Britannia. Ten luksusowy olbrzym, przypominający bardziej mały statek niż jacht, należy do angielskiej rodziny królewskiej. Po jego pokładzie przechadza się najznakomitsza młoda para świata, która właśnie spędza swój miesiąc poślubny: książę Karol i jego wybranka, księżna Diana. Wraz z nimi jedyne 300 osób załogi, którą obowiazuje kategoryczny zakaz robienia zdjęć. Ten rozkaz nie dotyczy tylko oficjalnego fotografa Marynarki Wojennej, który ma za zadanie dostarczenie pamiątkowych fotografii do archiwum królewskiego, jak również księżny Diany, podobno naciskającej często spust migawki jej aparatu. Czytając wpis na stronie Princess Diana Forever, można dowiedzieć się, że co prawda nowożeńcy spędzają błogi czas pływając w tajemniczych grotach, a Karol oddaje się swoim pasjom sportowym, surfingowi i nurkowaniu, jak również malowaniu, jednakże idylliczną atmosferę już wtedy mącą ewidentne znaki i uzasadnione podejrzenia Diany o zażyłość Karola z Kamilą...

Doprawdy nie wiem czy Laguna Balos stanie się dla was bardziej atrakcyjna po usłyszeniu powyższej historii. Dla mnie najważniejsza jest jej dzika przyroda i niesamowity pejzaż. Lubię obserwować to miejsce wraz ze zmieniającymi się porami roku. Również po każdej zimie zaskakuje mnie ono swoim nowym kształtem. Laguna nie jest statyczna. Ona żyje, porusza się rządzona prawami natury podyktowanymi przez wiatr, fale, prądy morskie, a nawet minimalne miesięczne przypływy i odpływy... ale to już całkiem inna historia...

sobota, 22 kwietnia 2017

Mega trzęsienie ziemi

Z chwilę dowiecie się, jaki jest kolejny argument przemawiający za tym, że lepiej mieszkać na zachodnim krańcu wyspy. Jest on dość nietypowy. Z kategorii: Historia Naturalna, podkategorii: geologia i tektonika. Powiecie, że tematyka nudna, bo czasy odległe... nazwy epok geologicznych zawsze się mylą... a kamień od kamienia niczym się nie różni. Na szczęście tym razem wszystko będzie dziecinnie proste i widoczne, jak na dłoni, a śmiem nawet twierdzić, że i dość ekscytujące.


Dobra nowina jest taka, że zachód Krety powolutku się podnosi... Niestety, wschód w tym samym czasie zanurza pod powierzchnię morza. Te nieznaczne ruchy, liczone w kilkunastu milimetrach rocznie, wynikają z ciągłego kontaktu dwóch płyt tektonicznych: dużej Afrykańskiej i małej Egejskiej (będącej częścią gigantycznej płyty Euroazjatyckiej), na kraniuszku której leży Kreta. Afrykańska wsuwa się pod Egejską, nie tylko ją lekko wydźwigując, ale na dodatek wywierając rozmaite naciski, które przekładają się na częste trzęsienia ziemi. 


Jedno z nich miało miejsce w 365 r.n.e.. Jego epicentrum znajdowało się na zachodnim krańcu Krety, mniej więcej 4 mile na południowy-wschód od Falassarny. Było to trzęsienie o niezwykłej sile. Niepodobne żadnemu innemu. Największe w erze nowożytnej. Istne Mega Trzęsienie Ziemi: 9,2 w skali Richtera! Z historyczny źródeł wynika, że: "21 lipca 356 roku miała miejsce katastrofa, która nie miała sobie równej. Kataklizmu nie nie można było przyrównać do żadnego wcześniejszego odnotywanego w kronikach, ani nawet do tych przekazywanych jako mity i legendy. Morze gwałtownie cofnęło się pozostawiając statki i ryby na mieliźnie. Po niedługim czasie wróciło ze wzmożona siłą i wdarło się na ląd w postaci wysokiej fali. Cokolwiek znalazło się na jej drodze uległo zniszczeniu. Wiele statków zatrzymało się na gruzach budynków, a inne fala rzuciła na 2 mile od brzegu". Ponadto ląd "wyskoczył" kilka metrów wyżej. To co powolne ruchy nasuwających się płyt tektonicznych mogły zdziałać przez setki tysięcy lat, trzęsienie ziemi dokonało w przeciągu "mgnienia oka".




W wielu miejscach możecie oglądać fenomen wydźwigniecia się lądu po trzęsieniu z 365 roku. Najdogodniej w czasie rejsu turystycznym statkiem na Wyspę Gramvousę i Lagunę Balos. Płynąc wzdłuż wschodniego brzegu Półwyspu Gramvousa, w kierunku wyspy o tej samej nazwie, widzimy ponad taflą morza wyraźny, ciągły pas o ciemniejszym zabarwieniu. To właśnie jest ląd, który w kilka zaledwie minut wynurzył się spod wody. Ma on wysokość od 6 do 9 metrów i wyraźnie odcina się zabarwieniem od wyższych partii rudego klifu. Na dodatek stara linia wody jest zaznaczona wyraźnym rowkiem wciętym w skałę. Jest to ślad po morskich mięczakach żyjących na granicy lądu i wody, które przez dziesiątki tysięcy lat "wgryzały się" w głazy.


Fenomen wydźwignięcia lądu można obserwować w wielu miejscach zachodniego regionu Krety. I na północy, i na południu, i na zachodzie. Na pewno warto pod tym kątem odwiedzić odkopane ruiny starożytnego portu w Falassarna. Tam po wspomnianym trzęsieniu ziemi ląd podniósł się o 6,5 metra. Falassarna, nie tylko znalazł się kilka metrów ponad linią brzegową, ale jego gruzy zostały pogrzebane pod tonami mułu i piasku przyniesionych przez falę tsunami. Potęga, która kwitła przez osiem wieków, zniknęłą z mapy wyspy... ale to już całkowicie inna historia...




wtorek, 7 marca 2017

Wrak "Dimitrios P."

Statek wypełniony po brzegi podekscytowanymi turystami zaczyna manewr wpłynięcia do małej zatoki wyspy Gramvousa. Wyspa to dużo powiedziane. Bardziej wysepka. W sumie pokaźnych rozmiarów skała. Wystaje ona na 137 metrów z wody na północno-zachodnim krańcu Krety - w niewielkiej odległości od półwyspu noszącego tę samą nazwę. Główną atrakcją tego cudownego miejsca są ruiny poweneckiej fortecy. Łatwo zgadnąć, że fortyfikaja znajduje się na samym szczycie skąd rozciąga się doskonały widok na rozległą okolicę. To stamtąd Wenecjanie mogli obserwować i kontrolować, czy jakaś obca flota nie wpłynie z tego kierunku z zamiarem zdobycia Krety.


Dopływając do zatoki Spokojnej Gramvousy. Na jej szczycie zarys weneckiej fortyfikacji.


Gdy statek zbliża do brzegu, wszyscy patrzą z podziwem, jak zarys fortyfikacji staje się coraz bardziej wyraźny. Jego kanciaste linie zaczynają odcinać się od bardziej nieregularnych konturów skały. Mało kto zwraca uwagę na wystające po prawej stronie burty postrzępione i pokryte gruba rdzą kawałki jakiegoś wraku. Może gdyby było go więcej, bardziej rzucałby się w oko. To "Dimitrios P.", który złapany w pułapkę sztormu zakończył swą służbę w 1968 roku u stóp wyspy Gramvousa... i nigdy nie dowiózł 440 ton cementu, które miały dotrzeć aż do Południowej Afryki.



Wrak statku "Dimitrios P." wiozącego 440 ton cementu z Chalkidy do Południowej Afryki.


Nie jest tak słynny jak wrak z wyspy Zakynthos, który stał się symbolem nie tylko tej jońskiej wyspy, ale niezmała całej greckiej branży turystycznej. Różnica jest taka, że tamten pożarł piach przestronnej i bardzo malowniczej plaży w Zatoce Wraku, a "Dimitrios P." został "uziemiony" w miejscu niedostępnym: na skałach szarpanych każdej zimy wściekłymi sztormami. Nic dziwnego zatem, że kuszono los wypływając 30 grudnia 1967 roku z portu w Chalkidzie, na wyspie Eubea, pomimo prognozy załamania pogody. Pierwszy sztorm złapał statek na południe od Peloponezu, przy wybrzeżach wysepki Kythira. Dopiero 6 stycznia wciągnął ponownie kotwicę biorąc kurs na zachodnie wybrzeże Krety. 



Choć niewiele zostało, szczatki statku "Dimitrios P." robią jeszcze na niektórych wrażenie. 

Jednak w jej pobliżu, wiatr i prady morskie zmusiły statek do szukania schronienia w jakiejś pobliskiej zatoce. Wybrano Gramvouse - Spokojną Gramvousę, tę do której obecnie każdego lata przypływa tysiące turystów. Spokojna Gramvousa ma swoją siostrzana wyspę. Jest nią Dzika Gramvouse. Ale już sama nazwa wskazuje, że nie jest to odpowiednie miejsce do szukania schronienia na czas sztormu. W małej zatoczce, którą wyspa Spokojna Gramvousa chroni od fal i zimowych wiatrów z północy, rzucono dwie kotwice w odległości 200 metrów od brzegu. 


Widok na zatokę Spokojnej Gramvousy z samego jej szczytu.


Po dwóch dobach łańcuch jednej z nich pękł. Kapitan walczył jeszcze o statek próbując siłą silników utrzymać go w równowadze. Na daremnie. "Dimitrios P." przechylił się na lewą burtę nabierając coraz więcej wody, która ochoczo łaczyła się z cementem w ciężki balast. Nie trzeba było wiele czasu by pokonany statek dał się zepchnąć na pobliskie, najeżone skałami, dno zatoki. 



Najbardziej dociekliwi sprawdzają co pod wodą.

Wydano rozkaz do opuszczenia jednostki. Dwa dni marynarze koczowali na Spokojnej Gramvousie wyczekując pomocy. W końcu, 10 stycznia, przypłynął po nich antytorpedowiec "Ierax", który przetransportował całą załogę "Dimitriosa P." do bazy marynarki wojennej w Zatoce Souda. 



Duże fragmenty wraku wyrzucone na skalny brzeg.

Jak widać z zamieszczonych powyżej zdjęć, "Dimitrios P." ma swoich amatorów. Dość nielicznie przychodzą go pooglądać i pofotografować. Sporadycznie ktoś nurkuje. Mało kto wie, że w miejscu ładowni wciąż widać poukładane w równe kupki worki z cementem, który przybrał formę białej, jednolitej skały. Po 50-u latach ząb czasu bardzo nadwyrężył sylwetkę 45 metrowego wraku. Co będzie za 50 kolejnych lat? Raczej rdza zeżre resztki kadłubu wystającego ostatkiem sił ponad powierzchnię wody. Zniknie atrakcja turystyczna, która i tak żyje w cieni sławy poweneckiej fortyfikacji: to do niej udają się gęsiego tłumy turystów, aby przespacerować się wzdłuż 3-kilometrowych murów obronnych i zobaczyć zatokę Gramvousy oraz pobliską Lagunę Balos niemal z lotu ptaka... ale to już całkiem inna historia...



PS. polecam 3:36' :-)